Rozdział 18 – Atak

Cz. 18

Atak

Franklin chodził przymulony w koło. Zawsze w czasie jego warty chciało mu się z nudów spać. Wiecznie ta sama i niezmienna rutyna. Kilkuset metrowy pas lasu przy granicy bariery, który miał niemal nieprzerwanie patrolować. W wyznaczonych godzinach używał wahadła by sprawdzić, czy nie zbliża się nic z zewnątrz i przy okazji musiał zadbać by skały na których wyryte były symbole bariery nie zarosły mchem.

Wszystko to wydawało się być bezowocnym, powtarzalnym w koło utrapieniem, jakby stworzonym by go dręczyć. Zdawał sobie sprawę z tego jak istotna była jego rola jako jednego z nielicznych obdarzonych. W razie nieprzewidzianego wypadku, miał za zadanie zatrzymać osłabione przez barierę demony czy anioły.

Jednak świetnie rozumiał jak nikłe były szansę na to by cokolwiek przedarło się przez tę niewidzialną ścianę. Dlatego właśnie przez kilka ostatnich miesięcy jego życie zaczęło popadać w depresyjną rutynę. Doba warty, dwie przerwy i kolejna warta. Mogłoby się to wydawać całkiem lekkim systemem pracy, jednak regularne używanie swoich mocy do aktywacji wahadła i kończenie zmiany użyciem reszty mocy by wzmocnić barierę, kończyło się zawsze tym, że ponad dobę odsypiał. Nie wspominając już o tym, że w wolnym czasie musiał dbać jeszcze o swoją kondycję fizyczną.

Jednak mimo tych niedogodności, wolał ten tryb życia niż żeby miał skończyć jako jeden z członków drużyn wyruszających po za miasto. Wewnątrz bariery było znacznie bezpieczniej. Nie rozumiał łowców, którzy regularnie wyruszali na misje, w szczególności że większość z nich nie posiadało szczególnych nadprzyrodzonych zdolności.

Sięgnął do torby i wciągnął podłużny brązowy prostokąt. Było to coś, co miało uchodzić za suszony kawałek mięsa, jednak po krótkich oględzinach ciężko było zidentyfikować jego prawdziwe pochodzenie. Było to częścią nowych racji jakie zaczęto wydawać w centrum miasta kilka dni wcześniej.

Powąchał podejrzany przedmiot po czym się w niego ostrożnie wgryzł. Mimo, że jadł to już kilkakrotnie, powtarzał te czynności niczym rytuał. Ledwie wziął kęs, poczuł w ustach smak solonej wołowiny. Od dłuższego czasu doskwierał mu brak smacznego jedzenia. Konserwy i suchy chleb będące głównymi składnikami jego diety, zaczęły wychodzić mu bokiem. Co prawda jako obdarzony miał pierwszeństwo przed zwykłymi cywilami, by otrzymać wyższej jakości pożywienie jednak znalazł dla jego większości lepsze zastosowanie.

Teraz wciskał w siebie kolejne kawałki substytutu suszonego mięsa. Zbliżała się jedna z nielicznych przerw jakie mu przysługiwały w czasie wart. Zamierzał poświęcić te półgodziny na drzemkę, więc uznał skorzystanie z własnych racji i zjedzenie w trakcie patrolu za rozsądną decyzję.

Usłyszał z własnej kieszeni cichy alarm. Sięgnął doń wyciągając zegarek, uciszył go i metodycznie rozwinął rzemień nawinięty na jego nadgarstek w międzyczasie przełykając ostatni kawałek. Spojrzał na zawieszony na końcu kryształ i skupił na nim swoją uwagę. Po chwili odetchnął i ponownie zwinął wisior. Moment gdy sprawdzał otoczenie wahadłem było jedyną chwilą gdy się spinał, niezależnie jak wiele razy to robił. Mimo świadomości jak niewielka szansa istniała by ktoś się przedarł przez barierę, coś graniczącego między strachem i ekscytacją zawsze towarzyszyła tym skanom. Dawało się to mu we znaki w szczególności, że słyszał ostatnio o nowej broni skrzydlatych terroryzującej tereny zaraz za barierą.

– To już? – szepnął do siebie, odwracając wzrok w kierunku strażnicy.

Wzruszył ramionami i skierował swe kroki w tę stronę. Po ledwie dziesięciu minutach, był już na miejscu. Szybko zauważył, że nie był pierwszy.

– Cześć Frank, jak życie? – Unosząc rękę, przywitał go postawny mężczyzna po czterdziestce trzymający miskę z parującą zawartością.

Po za nim przy ogniu siedziała dwójka innych obdarzonych, którzy na widok Franklina kiwnęli głowami na przywitanie, żywo przybierając łyżkami.

Na ten widok przybyły zmarszczył tylko brwi. Widząc go, starszy mężczyzna uśmiechnął się lekko po czym wytłumaczył.

– Ostatnio ktoś upolował kilka jeleni. Wszystkim jednostkom coś skapnęło, więc Staruszek postanowił zrobić nam gulasz z prawdziwym mięsem.

Na te słowa Franklinowi niemal pociekła ślinka, sama myśl o drzemce błyskawicznie opuściła jego głowę i szybko skierował się do nieopodal stojącej szopy. Niewielkiego na szybko zbitego drewnianego budynku z którego wystawał kamienny komin, miejsca gdzie przygotowywano i wydawano dla nich posiłki.

Ledwie zajrzał do środka, zobaczył tam żylastego i strasznie szczupłego mężczyznę w podeszłym wieku. Ten widząc zbliżającego się Franklina przygotował już jego porcję i podał mu ją, gdy ten ledwie przekroczył próg.

– Trzymaj synu i szybko idź jeść – powiedział zmęczonym głosem i zaraz usiadł.

– Dzięki Staruszku. – Franklin szczerze wyraził swoją wdzięczność do starca, który mimo swego wieku bardzo chcąc pomóc ludziom dbającym o bezpieczeństwo miasta, zgłosił się ochotniczo na kuchta.

Mężczyzna wrócił do pozostałych obdarzonych. Zaczął jeść w międzyczasie kierując swój wzrok ku człowiekowi, który go przywitał wcześniej.

– Bart, dlaczego Staruszek jest dzisiaj sam?

– Agna nie była w stanie dzisiaj przyjść. Nie wiem dokładnie dlaczego – odpowiedział nawet nie podnosząc głowy znad miski.

– Stan jej matki się pogorszył – wcięła się w rozmowę dziewczyna, która już wcześniej siedziała przy ogniu. – Podobno nie zostało jej już wiele czasu.

Po tych słowach obaj spojrzeli na Arię. Była z nich najmłodsza, ledwie po dwudziestce. Z całej kompani, która miała przerwy przy tej strażnicy, prawdopodobnie najlepiej dogadywała się z Agną.

Tymczasem czwarty obdarzony, który akurat jadł przy ognisku, zastanowił się przez chwilę.

– Nie mogła poprosić Oskara? – zadał pytanie w eter.

– Sam, co ty gadasz? – zapytał skołowany Franklin.

– No przecież ostatnio użył swoich mocy i poprawił jej stan, jakby Agna go ładnie poprosiła pewnie znów by to zrobił. W końcu jest tym przesadnie dobrym. – Ostatnie słowa, rzucił lekko sarkastycznie.

Bart westchnął ciężko i w czasie gdy Aria wraz z Franklinem przyglądali się Samowi osłupieni, zaczął tłumaczyć.

– Nie będę wyprowadzał cię z błędu na temat natury Oskara, ale wiesz że go nie ma?

Sam zmarszczył czoło patrząc na rozmówcę.

– Tydzień temu opuścił barierę i nie wrócił. Nie słyszałeś?

Oniemiały Sam zamykał i otwierał tylko usta przez chwilę po czym zapytał, gdy tylko odzyskał głos.

– Zdezerterował?

– Nie żartuj, to przecież Oskar. – Aria szybko zanegowała jego słowa.

– To dlaczego?

Franklin postanowił podzielić się nieoficjalną informacją jaką usłyszał od znajomego.

– Podobno wysłali wtedy jego dawną drużynę na jakąś misję.

– Mimo tego czegoś nowego?

– Podobno miał zejść z patrolu by właśnie z tym walczyć – zasuplementował Bart. – Ale to tylko plotka.

– Nawet nie wiedziałem, że go nie ma – skomentował Samuel z wyraz twarzy mówiącym jak głupio mu było.

– Nie było żadnego oficjalnego ogłoszenia na ten temat, więc możliwe, że starają się utrzymać to w tajemnicy – zasugerował Bart. – W końcu mówimy o Oskarze.

– Fakt, ledwie usłyszałem, że go nie ma i już czuję się niekomfortowo – przytaknął Sam.

– Zawsze było go wszędzie pełno i regularnie sprawdzał wszystkie kompanie – zaczęła Aria ze smutnym uśmiechem. – Można było go nie spotkać nawet przez miesiąc przez to, że w różnym czasie towarzyszył różnym oddziałom, więc większość osób wciąż może nie zdawać sobie sprawy, że zniknął.

Franklin uśmiechnął się mimowolnie i podnosząc łyżkę do ust powiedział.

– Też jest człowiekiem, co może… – jednak jego słowa coś przerwało. Wahadło na jego nadgarstku zalśniło i zaraz coś pociągnęło jego dłoń ku górze rozrzucając zawartość łyżki wokół.

Wahadło zaczęło mimowolnie kierować się ku niebu, a raczej czemuś co było w powietrzu na granicy bariery. Zaraz ogłuszył ich potężny grzmot, oślepił absurdalny blask, a ziemia pod nimi zaczęła drżeć.

Coś, próbowało się wedrzeć.

 

 

Poprzedni | Strona Główna | Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *