Rozdział 19 – Oblężenie

Cz. 19

Oblężenie

Mierzący ponad dwa metry, absurdalnie umięśniony, długowłosy brunet z czarnymi skrzydłami na plecach, trzymał jedną ręką uniesionego ponad ziemię Franklina, miażdżąc mu przy tym gardło. Jego zimna twarz pozbawiona była jakichkolwiek emocji, a pusty wzrok bezinteresownie skupiony na twarzy ofiary.

Jak do tego doszło? To było pytanie, które Franklin bezwiednie sam sobie zadawał. Wracając kilka chwil wstecz do czasu, gdy oślepiający blask ustał.

Gdy tylko odzyskali zmysł wzroku, Bart jako najwyższy rangą błyskawicznie wydał polecenia.

– Aria, skontaktuj się z dowództwem, potwierdź sytuację, jak tylko uzyskasz jakieś informacje masz dołączyć. Sam sprawdź Staruszka i odeskortuj go do miasta, Frank, ty idziesz ze mną, zbadamy sytuację.

Bez chwili wahania podjęli działanie. Samuel zerwał się do szopy, a dziewczyna sięgnęła do swojej torby po radio. Franklin, mimo że nie ekscytował go taki podział ról, nie miał zamiaru się sprzeciwiać. Od kiedy zajął swoją pozycję spodziewał się że taki dzień nadejdzie. Błyskawicznie więc ruszył za Bartem.

Gdy przebiegli kilkaset metrów, dotarli na polanę z której mieli świetny widok na sylwetkę unoszącą się w powietrzu, wysoko ponad nimi. Zobaczyli blondwłosego mężczyznę w sportowej kurtce, trzymającego lewą dłoń w kieszeni dżinsów. Przez ubiór nieznajomego Franklin odniósł wrażenie, jakby ten pomylił adresy i powinien skierować się na pokaz mody.

– Demon? – zapytał dowodzącego, wciąż ukrywając się przed wzrokiem intruza.

– Z mocy przypomina bardziej anioła.

Nie wiedzieli co myśleć. W tym czasie istota w powietrzu uniosła ponownie rękę i machnęła nią, jakby dawała znak do startu wyścigu. W tym momencie kolejne potężne wyładowanie energii zderzyło się z barierą. Mężczyźni obserwujący go z ukrycia padli na kolana na skutek kolejnego wstrząsu. Gdy oślepiający blask ponownie zniknął zobaczyli agresora obserwującego ich z góry znudzonym wzrokiem. Jego uwaga z pewnością skupiona była na dwójce, nawet mimo faktu, że z powodu bariery jego percepcja powinna być zaburzona.

– Macie może ochotę mnie wpuścić? – zapytał bezinteresownie.

Spojrzeli po sobie skołowani.

– Dajcie spokój, i tak się przedrę – zaczął bezczelnie, nieznajomy. – Jeżeli mnie wpuścicie będzie po prostu szybciej.

– Jaki jest twój cel? – zapytał Bart wychodząc z ukrycia.

– Cel? Wyginięcie gatunku ludzkiego brzmi zachęcająco? – zaczął mówić do siebie, teatralnie skubiąc się po brodzie. – A może ratunek gatunku ludzkiego?

Ponownie machnął ręką i kolejna potężna fala wstrząsnęła światem.

– Chyba jednak zagłada ludzkości brzmi bardziej przekonująco w tej sytuacji – dodał z wymownym wyrazem twarzy.

– Czym ty jesteś? – wycedził przez zęby Bart.

– To nieładnie tak uprzedmiotawiać innych – pouczył go nieznajomy z miną jakby słowa mężczyzny go zraniły. – Mam imię.

– Gdzie reszta twoich pierzastych kumpli? – Bart nieustępliwie próbował wyciągnąć od nieznajomego informacje.

Franklin obserwował ich wymianę w ciszy. Sam widok nieznajomego przyprawiał go o ciarki. Dodatkowo za każdym razem, gdy ten atakował barierę, świat wydawał się wypełniać jego mocą. Jakby tego było mało, coś napełniało Franklina niepokojem. Miał wrażenie, że spotkał już to coś, nawet jeżeli było to mu całkowicie nieznajome.

Wtedy agresor skierował swój wzrok w stronę ukrywającego się mężczyzny.

– Ty – powiedział wskazując w jego stronę palcem. – Jesteś inny. Ty… Musisz zginąć.

Franklin poczuł jak cały świat tonie w mroku. Nie rozumiał co się dzieje. Dobrze pamiętał, że chwilę temu był wewnątrz bariery, nawet jeżeli został obrany za cel przez przybysza, ten nie powinien być w stanie go dosięgnąć.

– Frank!

Z mroku wyciągnął go krzyk Barta.

– Nie odlatuj! – starszy mężczyzna, miał spanikowany wyraz twarzy. – Co ci się stało?

– Upierdliwa przeszkoda – wysyczała postać patrząc na Barta wzrokiem pełnym nienawiści.

– I kto tutaj kogo uprzedmiotawia? – zapytał prowokująco mężczyzna, po czym uniósł rękę zwracając się do Franklina. – Pomóż mi, wzmocnimy barierę póki nie przybędzie pomoc.

Frank już miał dołączyć do Barta, gdy w czasie mrugnięcia okiem obraz przed nim się kompletnie zmienił. Zaraz za plecami dowodzącego stał dwumetrowy brunet z czarnymi skrzydłami. Jego prawica przeszywała na wskroś pierś Barta. Ten zdołał wydać z ust tylko charczący dźwięk wraz ze stróżką krwi i blask zaraz opuścił jego oczy.

Skrzydlata postać płynnym ruchem wycofała rękę, która mimo tego że chwilę temu była całkowicie zakrwawiona, teraz nie miała na sobie nawet cienia krwi. Spojrzała pustym wzrokiem w stronę Franklina i nim ten zdążył zareagować, znalazła się tuż przed nim chwytając go za gardło i unosząc w powietrze. Wyprostowała drugą dłoń przygotowując się do przeszycia ofiary i w tej chwili na niebie rozległ się wystrzał.

Jak na znak, skrzydlaty mężczyzna zamarł na ułamek sekundy, który Franklin bezwachania wykorzystał. Złapał go za nadgarstek i skoncentrował całą swoją moc w dłoniach. Zaraz skóra przybysza zaczęła się zwęglać, dzięki czemu jego uścisk zelżał na tyle by Frankowi udało się wyrwać.

Ledwie to zrobił, zaraz zachłysnął się powietrzem i zaczął panicznie się odczołgiwać od nieznajomego. Nie mógł zrozumieć w jaki sposób ten przedostał się przez barierę, ale rozumiał, że nie ma szans z tą istota. Ledwie rzucił okiem za siebie, zauważył że wróg wciąż stał nieruchomo.

Tymczasem doszły jego uszu kolejne wystrzały. Spojrzał więc w tamtym kierunku i poznał jednego z najsławniejszych łowców. Michał uzbrojony w dwa rewolwery znajdował się w powietrzu, przecząc prawom fizyki na wzór blondwłosego agresora.

Ten tymczasem wszystkie wystrzelone pociski chwycił w garść nie ruszając się z miejsca.

– Skończyłeś już? – zapytał z drwiną w głosie.

– Zależy co rozumiesz przez kończenie – zaczął człowiek całkowicie spokojnie, jakby rozmawiali nad herbatą. – Strzelać nadaremno? Tak, w końcu odciągnąłem twoją uwagę wystarczająco długo. Jeżeli jednak masz na myśli pozbycie się ciebie na dobre? – cmoknął teatralnie. – Dopiero zaczynamy.

Wraz z tymi słowami słup światła uderzył w ich przeciwnika. Ten jednak machnął tylko ręką i rozproszył je jakby nie było niczym specjalnym. Spojrzał w stronę przeciwną niż miasto i skomentował.

– Jesteście odważni, ale i równie głupi.

I gdy tylko miał skierować swoje moce w tamtym kierunku, mrugnął kilka razy po czym szepnął.

– Ciekawe.

Uwagę Franklina tymczasem przykuła grupa ludzi, która przebiegała niedaleko. Wstał i przygotował się do konfrontacji z potencjalnymi przeciwnikami. Wciąż był świadom obecności skrzydlatego potwora, jednak ten wciąż trwał jak statua, uznał więc że najlepiej uznać to za tymczasowy uśmiech losu. Doświadczenie mówiło mu że powinien wycofać się i przegrupować w mieście. Jednak przed nim stał nieznany agresor, który przekroczył granicę bariery i do tego w jego kierunku zmierzała dodatkowa grupa. Jeżeli także byli przeciwnikami, czuł że jego zadaniem jest zatrzymać ich choćby sekundę dłużej, aż dowództwo zmobilizuje potężniejszych obdarzonych.

W końcu stanęła przed nim pięcioosobowa grupa przybyszów. Widząc twarz prowadzącej ich osoby, zapytał bezwiednie.

– Jesteś dziewczyną Oskara?

 

 

 

Poprzedni | Strona Główna | Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *