Rozdział 24 – Rodzina

Cz. 24

Rodzina

Dawna stołówka szkolna była dobrze oświetlona dzięki licznym oknom, mającym ponad dwa metry wysokości. Kamienna, szara podłoga, kontrastowała z mdłymi pomarańczowymi ścianami. Stojące niegdyś w tym pomieszczeniu, liczne kilkuosobowe stoliki zastąpiły dwie olbrzymie ławy. Każda mogąca pomieścić blisko trzydziestu ludzi.

W sali znajdowały się dwie osoby. Młoda dziewczyna nie mogąca mieć nawet osiemnastu lat oraz łysawy staruszek siedzący na wózku inwalidzkim zaparkowanym w kącie pomieszczenia.

Emilia przecierała stół, który kilka chwil wcześniej obsiadało małe stadko dzieci. Edmund siedzący niedaleko wpatrywał się w swoje dłonie trzymane na kocu przykrywającym jego nogi. Przekładał coś w palcach sprawiając wrażenie kompletnie zaabsorbowanego.

Kiedy dziewczyna skończyła czyścić stół i zaczęła rozczesywać rozpuszczone przed sekundą blond włos, mężczyzna podniósł wzrok i zapytał.

– Kiedy przyjdzie Franklin?

– Za kilka minut powinien już być. – Uśmiechnęła się odpowiadając i zaraz zaczęła rozglądać się za kolejna rzeczą do zrobienia.

– Nie musisz pomagać przy sierocińcu, jeżeli chcesz robić coś innego, droga wolna – powiedział, przyglądając się jej uważnie.

– Zawsze zaczynasz w najlepszym momencie. – Przewróciła oczami jawnie poirytowana wkoło powracającym tematem. – Zaraz twój bratanek tutaj przyjdzie. Nie musisz zaczynać takich dołujących tematów.

– Jeżeli robisz to przez niego – zaczął lekko uśmiechnięty. – To są lepsze sposoby żeby zrobić na facecie wrażenie.

– Nie, nie, mylisz się. – Pokręciła spokojnie głową. – Po prostu ktoś musi się zająć dzieciakami, a ja nie mam nic lepszego do zrobienia. Z resztą, przecież sam nie dasz sobie rady z dzieciakami… nie w twoim stanie.

– Krysia i Agata przecież przychodzą codziennie pomóc.

– One też mają już swoje lata – skwitowała. – Pani Krystyna ma żylaki, a Agata problemy z kręgosłupem. Nie powinny zajmować się cięższymi rzeczami. Po za tym nawet to lubię.

Edmund nie odpowiadając skierował wzrok w stronę drzwi. Kiedy się otworzyły, próg przekroczył Franklin trzymając w dłoniach sporych rozmiarów pudło.

– Ta szkoła jest cholernie duża. Żeby młodzi mi nie powiedzieli, gdzie was szukać to dobrą chwilę spędziłbym błądząc po korytarzach.

W czasie gdy to mówił, podbiegła do niego Emilia, z uśmiechem wołając. – Frank! – Chciała pomóc mu z kartonem, w odpowiedzi pokręcił tylko głową. Zaraz podszedł do stołu postawił tam paczkę i zaczął ją rozpakowywać.

– Mielonka wołowa, trochę suszonki i wędzonki, tym razem udało mi dorwać nawet oliwki w marynacie. – Uśmiechnął się dumnie trzymając w dłoni słoiczek wypełniony czarnymi oliwkami.

– Powinieneś zostawiać sobie tego więcej – stwierdziła oburzona Emilia, widząc jak Franklin wyjmuje coraz to kolejne przedmioty z pudła. – Ciężko pracujesz, zasłabniesz jak nie będziesz lepiej jadł. To przecież twoje racje na ten miesiąc.

– Daj spokój. Coś sobie zostawiam. Po za tym, ostatnio miałem okazję zjeść trochę jeleniny – mówiąc to, o mało nie uronił łzy na wspomnienie zmarnowanego gulaszu, którego miał okazję ledwie skosztować. Zamilkł jednak tylko na sekundę i zaraz ciągnął dalej. – Przecież szczyle nie mogą żyć cały czas jedząc tylko suchary i wafle.

– My przecież też dostajemy przydział z kwatery – zaprotestowała. – Nie jest może tego dużo, ale inni ludzie też się dzielą.

– Tak, ale jako obdarzony pracujący w terenie, moje racje są wielokrotnie wyższe i bardziej zróżnicowane niż cywili.

Emilia chciała już coś odpowiedzieć, kiedy w rozmowę wciął się Edmund.

– Daruj, nie przekonasz go – powiedział do dziewczyny, po czym spojrzał na młodego mężczyznę. – Nie zapomniałeś przywitać się z wujkiem?

Franklin spojrzał w jego stronę i rzucił prowokacyjnie.

– Cześć stary zgredzie? Jeszcze nie kopnąłeś w kalendarz?

– Ty pierwszy – odgryzł się Edmund po czym zapytał. – To co się dzieje na froncie? Czym były te rozbłyski trzy dni temu? Dowództwo powiedziało, że to nic wielkiego, ale ludzie są bliscy paniki.

– Nie ma czym się martwić – zapewnił dwójkę Franklin. – Ale… – rzucił przelotne spojrzenie na Emilię, która odwrócona była teraz w stronę Edmunda. Ten rozumiejąc aluzję poprosił dziewczynę.

– Mogłabyś sprawdzić czy wszystko z dzieciakami dobrze. Przed chwilą jeden z nich się chyba przewrócił.

Emilia spojrzała to na jednego, to na drugiego, rozumiejąc że tak naprawdę jest wyganiana. Nie podobało się jej to, jednak wiedziała nie ma sensu się wykłócać. Wyszła więc niechętnie, rzucając na odchodne jeszcze raz zniesmaczone spojrzenie w stronę Franklina.

– Używać swoich nadprzyrodzonych zdolności, żeby się wykpić? – Franklin spojrzał z udawanym wyrzutem na staruszka. – Jesteś obdarzonym jak ja, jeżeli będziesz później mówił że zwyczajnie się pomyliłeś, to zaszkodzi także wizerunkowi innych obdarzonych.

– Jeden z dzieciaków naprawdę się przewrócił – sprostował błyskawicznie Edmund. – I nie nazywaj mnie obdarzonym. Jestem tylko starym kaleką który może jedynie wyczuwać co się dzieje wokół i poruszać własnym wózkiem.

– Wiesz, żeby ktoś pomógł ci zregenerować ciało to byłbyś całkiem użyteczny nawet na froncie.

– Nawet ten twój Oskar mnie oglądał i powiedział, że nie czuje się wystarczająco pewny że moje ciało wytrzyma kurację – stwierdził gorzko po czym zaczął ciężko kaszleć.

Wyciągnął z kieszeni chustę i zakrył nią usta. Gdy atak się skończył odsunął od siebie kawałek materiału i spojrzał na widniejące na nim ślady krwi.

– O wilku mowa – szepnął zmartwiony Franklin. Obaj wiedzieli, że krwawe kasłanie Edmunda było spowodowane nadużyciem jego nadprzyrodzonych zdolności, co doprowadzało do powolnego rozpadu jego ciała.

– Mów co się dzieje? – zapytał starzec gdy tylko odzyskał oddech.

– Zaatakowało nas coś nowego. Do tego miało coś jak klona, co mogło przejść przez barierę. Klon nie żyje, a oryginał na szczęście uciekł.

– Na szczęście? – Spojrzał na niego skonfundowany.

– Sądzę, że byłby w stanie przebić się przez barierę siłą, jakby miał dość czasu. Podobno nawet ten Tadeusz wątpił czy byłby w stanie go przegonić. – Przysiadł na stole, koło rozpakowanych racji żywnościowych. – Ten klon dodatkowo zabił Barta.

Słysząc ostatnią informację, Edmund pochmurniał. Nikt wcześniej mu nie powiedział, że osoba, która była jego kolegą od pokera, nie żyje.

– Jutro będzie ogłoszenie, a pojutrze organizują pochód pogrzebowy. – Franklin dodał, po czym zamilkł.

Siedzieli tak przez chwilę w ciszy, aż w końcu staruszek zapytał.

– To wszystko?

– Cóż, dodatkowo okazało się że podobno jest gdzieś tam frakcja składająca się z aniołów, demonów i nawet ludzi, która chce się z nami sprzymierzyć. Nie znam szczegółów. – Wzruszył ramionami. – No i jeszcze pojawił się jakiś potwór.

– Nie ten co atakował?

– On był straszny, ale to było coś innego. Nawet nie wiem jak to opisać. Ale pojawił się, kompletnie ignorując barierę i bez trudu zabił tego klona. Potem zaatakował oryginał i ten zaraz uciekał przed nim z podwiniętym ogonem. – Uniósł głowę masując sobie skroń. – Rzucił jeszcze, że jest znajomym Oskara i że wróci za kilka dni porozmawiać i zaraz zniknął. Dowództwo przesłuchiwało nas wszystkich przez dwa dni bez przerwy dlaczego go nie powstrzymaliśmy. – Zaraz wyrzucił ręce przed siebie. – Jak mieliśmy powstrzymać kogoś, kogo nawet Ted nie jest w stanie obserwować. Nawet ich nie było na miejscu zdarzenia, ale obwiniać nas to jest łatwo. Jakby ich jedyną robotą było znaleźć winnego.

– Mieliście ciężko. – Edmund uśmiechnął się ze współczuciem.

– Nawet mi o tym nie mów. – Zaraz otworzył szeroko oczy zdając sobie sprawę, że zapomniał o czymś wspomnieć. – Właśnie, wróciła drużyna Oskara. Przyprowadzili jakiś ludzi ze sobą. Podobno jakieś VIP-y, mające mocno nam pomóc, ale to już wszystko co wiem. Chodzą plotki, że to naukowcy, więc wszyscy mają nadzieje, że nasze warunki się niedługo poprawią.

– Niby jak? – zapytał sceptycznie Edmund.

– Mnie nie pytaj, to tylko plotki. – Wzruszył ramionami. – Ale to wszystko co wiem.

Mówiąc to, skierował się w stronę drzwi.

– Chodźmy do dzieciaków. Emilka pewnie jest na nas wściekła, że wrobiliśmy ją teraz w ich niańczenie.

Staruszek kiwnął głową i sam ruszył swój wózek ku wyjściu.

– Swoją drogą? Kiedy się jej oświadczysz? – zapytał złośliwie.

– Jak dorośnie, zastanowię się nad tym. Przy dobrych wiatrach wykitujesz już do tego dnia.

Przekroczyli prób śmiejąc się do siebie nawzajem.

 

 

 

Poprzedni | Strona Główna | Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *