Rozdział 27 – Pościg

Cz. 27

Pościg

Skąpanym w półmroku korytarzem przechodził wysoki mężczyzna. Rozglądał się wokół nerwowo, wydając z siebie lekkie, dzikie pomruki przywodzące na myśl powarkiwania głodnego zwierzęcia. Zdawał się czegoś szukać, jakby od tego zależało jego życie.

Oblizywał drapieżnie, przekłute w wielu miejscach wargi. Nerwicowo drapał się wkoło po wygolonej części swojej czaszki, ozdobionej na samym jej szczycie absurdalnym, wielokolorowym irokezem.

Oczy otoczone nierozsądną ilością piercingów, niemal się nie zatrzymywały na żadnym z obiektów dłużej niż było to absolutnie konieczne, by określić jego przybliżoną naturę.

Bezpośrednio z jego szyi wystawały dwa metalowe kolce skierowane w prawo i lewo, jakby jedna strzała przeszywała ją na wylot. Z jego prawego ramienia wyłaniał się wrośnięty w ciało, żelazny hak, skierowany ku górze.

Na nagą pierś miał luźno zarzuconą skurzaną kamizelkę, na nogach workowate spodnie i czarne glany nabite ćwiekami.

Po kilkunastu chwilach przeszukiwania wzrokiem kolejnych mijanych pomieszczeń, skierował się na zewnątrz. Kiedy tylko echo jego kroków umilkło, z jednej z szaf wyłoniła się dwudziestoparoletnia kobieta z włosami w głębokim kolorze brązu.

– Dlaczego oni wszyscy muszą wyglądać jakby wyrwali się z Mad Maxa? – mruknęła pod nosem zdegustowana.

W tym czasie z szafy obok wysunęła głowę blondwłosa kobieta, już po twarzy której można było stwierdzić, że należała do pulchniejszych.

– Molly, udało ci się go zmylić? – zapytała nowa postać z niedowierzaniem w głosie.

– Oczywiście. – Molly zapewniła, jawnie dumna z siebie. – W końcu moje zdolności są naturalne. Mówisz jak gdyby jakiś dziki ze sztucznymi mocami mógł nam się oprzeć.

– Ostatecznie to my uciekamy – upomniała ją wychodząc z szafy.

Wtedy Molly spojrzała na brzuch ciężarnej towarzyski.

– Uciekamy, bo jest ich dużo. Nawet mrówki są niebezpieczne, gdy są w stadzie. Poza tym, nie chcę narażać dziecka.

– Powinnaś uciekać sama. My cię tylko spowalniamy – stwierdziła to oparłszy się o ścianę i kładąc dłoń na brzuchu. Widać było po jej wyrazie twarzy, jak dużym ciężarem była dla niej ucieczka przed pościgiem w jej obecnym stanie.

Molly podeszła do niej i zaczęła troskliwie gładzić jej czoło.

– Posłuchaj Sarah, nie zostawię ani ciebie, ani naszego dziecka. To był nasz sen i nawet mimo że cały ten świat stał się kompletnie popierzony, nie zamierzam z niego rezygnować.

Dopiero gdy wzrok Sary trafił na wyraz twarzy Molly, zrozumiała jak nieugięta była jej determinacja. Nie mogła wiele powiedzieć w tej sytuacji, nie miała też wielkiego wyboru jak tylko zaakceptować aktualny stan rzeczy i się nie poddawać. W końcu wszystko to było dla nowego życia, które nosiła teraz w sobie.

– To co teraz robimy? – Sarah zapytała o plan, tonem dającym do zrozumienia, że nie cofnie się przed niczym.

– W pierwszej kolejności musimy wydostać się z miasteczka. Tutaj jest zbyt wielu dzikich – stwierdziła Molly uśmiechając się mimowolnie widząc jak jej ukochanej powraca pewność siebie.

– Przyjechałyśmy tutaj uciekając od aniołów – upomniała ją Sarah.

– I uciekłyśmy. Widziałaś tutaj jakiegoś anioła?

Usłyszawszy ten argument, błyskawicznie zrozumiała, że tereny dzikich były tak wolne od anielskich interwencji jak mówiły plotki. Jednak Molly jeszcze nie skończyła.

– Tylko zastanawia mnie, co jest gorsze? Anioły czy dzicy?

Po tych słowach rozejrzały się po zdewastowanym korytarzu. Ściany pokryte grafitti lub zwyczajnie oblane farbą, wybite na wylot dziury czy wysmarowane fekaliami miejsca. Była to tylko część z wielu kreatywnych metod wandalizmu jakimi potraktowano budynek.

– Dzicy są jak zwierzęta. – Sarah podsumowała widok przed ich oczami oraz doświadczenia z kilku ostatnich dni. I gdy tak obserwowały otoczenie, zastanawiając się nad swoim kolejnym krokiem, Sarah wzięła głębszy oddech. Zmieniła kierunek i ponownie zaciągnęła się powietrzem. Powtórzyła czynność kilkukrotnie, aż w końcu spojrzała w kierunku Molly szepcząc z miną, jakby miała się zaraz rozpłakać.

– Podłożyli ogień.

Gdy tylko przetrawiła co usłyszała, zaraz złapała Sarę za rękę i zaczęła biec ku najbliższemu wyjściu, ciągnąc ciężarną za sobą.

***

– Co cię tak dzisiaj rzuca? – pytanie zadał ponad dwumetrowy czarnowłosy mężczyzna.

Ten brunet o kwadratowej szczęce, krótkich kręconych włosach i koziej bródce stał oparty o ścianę z założonymi rękoma. Z jego przedramion wystawały, jakby wprasowane w skórę, liczne metalowe elementy przypominające fragmenty płaskowników, a w miejscu lewego oka miał metalowy pierścień wbity w oczodół przy pomocy niewielkich haków.

Jego rozmówca rozwalony na zniszczonej kanapie westchnął ciężko.

– Mówiłem szefowi, żeby odpuścił już sobie z tym dzieciakiem, ale nie chce mnie słuchać. Nie interesuje go, że już zrobił z niego warzywo.

Podniósł się z mebla i przetrzepał swój szary garnitur, który idealnie leżał na jego niezdrowo szczupłej sylwetce. Przesunął wiecznie zsuwające się z nosa okulary, poprawił przedziałek przechodzący przez szczyt jego głowy, przy okazji przeczesując przetłuszczone, niemal sięgające ramion, włosy.

Uniósł wzrok na swego rozmówcę i z niesmakiem zaczął tłumaczyć.

– W ostatnim czasie szefowi tak bardzo odbija na punkcie tego dzieciaka, że wyłapuje bachory przy każdej możliwej okazji i próbuje je przebudzić. Zaczyna się zachowywać jak reszta tych świrów. – Ostatnie słowa zwieńczył splunięciem na podłogę.

– Zarówno szef i ja jesteśmy tymi świrami. Jesteś jedynym naturalnie Obdarzonym w naszych szeregach.

– Darius, posłuchaj mnie spokojnie… – zaczął mężczyzna w okularach, zwracając się do drugiego po imieniu. – W całej naszej organizacji mogę utrzymać normalną konwersację tylko z dwiema osobami… – zawiesił się na chwilę po czym skorygował swoje słowa. – …trzema osobami, ale tego potwora nie liczę i wiesz pewnie dlaczego. Jednak jeżeli szefowi też odbije, to nie wiem ile jeszcze czasu tutaj wytrzymam.

Darius przekrzywił głowę i zapytał skonsternowany.

– Jeżeli chcesz normalnej rozmowy, to dlaczego nie przyłączyłeś się do jednego z tych miast, które to niby odbudowują społeczeństwo.

– Dlaczego miałbym chcieć się do nich przyłączyć? – zapytał z jadem w głosie. – Ci idioci twierdzą, że nie powinno się tych mocy używać jak się chce. Ale one należą do mnie. Jakie mają prawo zakazywać mi używać czegoś, co jest moje?

– Mimo to, chcesz porządku? – pytał dalej skołowany.

– Chcę, żeby panowała zasada silniejszego – stwierdził twardo, po czym wskazał na siebie i na swojego rozmówcę. –  Tak jak u nas. Szef jest na szczycie, a my wykonujemy jego rozkazy. Nic nie stoi na przeszkodzie by mieć w takich warunkach cywilizowaną rozmowę. Ale ten motłoch na zewnątrz, to zwykłe dzikie bestie będące na smyczy szefa. Nic ich nie odróżnia od zwykłych psów.

– Oni mają nadludzkie moce. Nie znajdziesz psa, który potrafi wykonać taka sztuczkę, prawda? – zapytał wychodzący z piwnicy mężczyzna.

Na nagi tors, którego w żaden sposób nie dało się określić mianem umięśnionego, zarzuconą miał skurzaną kamizelkę, a na łysą czaszkę zaciągnięte miał przyciemniane gogle. Jego lewe oko pokryte było bielmem, a ledwie niżej przebiegała długa głęboka blizna, która zniekształcała wygląd jego czaszki.

Wycierał sobie ręce czymś, co kiedyś musiało być białą ścierką. Teraz zmieniła jednak całkowicie swój kolor na czerwień, od absurdalnych ilości krwi jakie wchłonęła.

– Co z chłopcem? – zapytał Darius patrząc na zakrwawione ręce lidera.

– Postradał rozum gdzieś po drodze. Myślałem, że uda mi się go przynajmniej przebudzić, ale ostatecznie… – Kiwnął tylko głową w bok, kompletnie bagatelizując resztę historii i rzucając wciąż mokrą szmatą gdzieś w kąt pokoju.

– Darius, Markus zbierajcie się – zaczął znacznie poważniejszym tonem, dając do zrozumienia, że wydaje rozkaz. – Znaleźliśmy ją.

 

 

 

 

 

Poprzedni | Strona Główna | Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *