Rozdział 1 – (Nowy)

Cz. 1

(Nowy)

– Słyszałeś już?! – Mężczyzna zaciągnął się po raz ostatni papierosem, pstryknięciem wyrzucił peta przez okno i zamknął je opieszale.  Wytarł ręce w flanelową, kraciastą koszulę i odwrócił się flegmatycznie w stronę drzwi prowadzących na korytarz.

Widok zmasakrowanego miasta, który rozciągał się za oknem, jak zwykle wywoływał u niego mdłości. Większość budynków przypominały już raczej sterty gruzu i tylko mała część z nich zawaliła się naturalnie z powodu braku prac konserwacyjnych.

Miejscami w zgliszczach wciąż tlił się ten przeklęty Wieczny Ogień, jedna z najohydniejszych broni w posiadaniu Skrzydlatych. Lunatycy wciąż uważający te bestie za błogosławionych wysłanników, nazywali ten przeklęty napalm, Świętym Ogniem. Twierdzili, że zesłano go jako karę za grzechy ludzkości. Na samą myśl o tym Michał nie mógł się powstrzymać przed splunięciem pod nogi. Powoli ruszył ku korytarzowi w reakcji na dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.

–  Słyszałeś czy nie, łosiu? – powtórzył szorstko, patrząc na stojącego tam Andrzeja. Ten metodycznie zdjął z pleców strzelbę, powiesił ją na stojaku na płaszcze, zdjął prochowiec, pod którym nosił jak zwykle podartą w kilku miejscach zieloną bluzę i podniósł znużony wzrok.

– Niby co takiego miałem słyszeć? – zapytał bez życia.

– W ogóle już z nimi nie rozmawiasz? – odpowiedział pytaniem na pytanie, jawnie poirytowany.

Andrzej odwiesił płaszcz koło broni, podniósł z podłogi, wcześniej położone na niej truchła zajęcy i rzekł, pauzując co zdanie.

– Byłem na polowaniu. Poza miastem. Ani jego, ani jej nie widziałem. W dodatku tym razem upolowałem tylko dwa zajączki. – Rzucił je Michałowi w ręce. – Jak tak dalej pójdzie, padniemy z głodu.

– Tyle pozytywów – prychnął Michał – Przynajmniej nie dorwą nas ani cichociemni, ani Skrzydlaci – Obejrzał wychudzone truchła, po czym mruknął pod nosem do siebie. –  Może na prawdę powinniśmy próbować je hodować?

W jednej chwili ruszyli by przenieść się do innego pomieszczenia. Miejsca, które żartobliwie nazywali spiżarką. Dlatego żartobliwie? Przez pustki, które zwykle tam panowały.

Obaj byli świadomi, że prawdopodobnie będą zmuszeni skorzystać z miejskiego zapasu konserw, które nie dość że ohydnie smakują to jeszcze są racjami przeznaczonymi głównie cywilom.

Dwóch elitarnych Łowców, Morderców, Myśliwych czy choćby Strażników, ludzie określali osoby takie jak ci dwaj licznymi przydomkami, nie jest w stanie zapewnić sobie samym pożywienia i jeszcze musi ratować się, uszczuplając cywilne zapasy.

– To, co takiego miałem usłyszeć? – Andrzej najwidoczniej chcąc ratować obu od kompromitującego tematu, wrócił do rozmowy w międzyczasie wycierając bluzę z pyłu, dzięki czemu wyblakła zieleń stała się jeszcze lepiej widoczna.

– Czyli Klaudia z Robertem ci nie powiedzieli – westchnął. – Jest kilku świeżaków. Misja eskortowa. Mamy sprowadzić ich do miasta, aby dowództwo mogło ich przesłuchać.

– Jak to świeżaków? Nie chcesz mi chyba powiedzieć , że jest na tej planecie jeszcze ktoś żywy, kto nie wie o tej wojnie? – zapytał marszcząc czoło w niedowierzaniu.

Michał uśmiechnął się głupawo, jakby był lekko rozmarzony i stwierdził.

– Też chciałbym tak nic o tym nie wiedzieć. – Po czym spoważniał i kontynuował. – Nie uwierzysz. Z papierów jakiś tajniaków wynikało że, kilkadziesiąt kilometrów od miasta był zamknięty ośrodek badawczy. Wiesz, podziemne laboratorium i te sprawy. – Wskazał ręką kierunek północny. – Siedzieli tam od pięciu lat i nic kompletnie nie wiedzieli. To znaczy jakieś trzy lata temu stracili kontakt z powierzchnią. Przypuszczali wojnę nuklearną, więc nie wyściubiali nawet nosa ze strachu.

– To dlaczego stamtąd wyleźli? Znudził im się bezpieczny domek? –  zapytał zaciekawiony.

– Wyciągnęły ich stamtąd dwa paranormalne zjawiska –  odpowiedź przepełniał sarkastyczny ton.

Andrzej spojrzał niepewnie na Michała, po czym zapytał niepewnie.

– No wal. Góra czy dół?

– Myślisz, że jakby jakiś Skrzydlaty się za to zabrał, ktoś by przeżył?

Andrzej mimowolnie lekko odetchnął. Gdyby mieli tych świeżaków ratować z rąk Skrzydlatych misja byłaby kilkakrotnie cięższa.

Odwiesili w czasie rozmowy zdobycze i skierowali się do głównego salonu. Wszystko wokoło pokryte było grubą warstwą kurzu. Po środku pomieszczenia stała niska, stabilna, dębowa ława. Służyła im jako stół. Nieraz debatowali jak udało im się ją wnieść ciasną klatką schodową na trzecie piętro. Usiedli na kawałkach kartonu, naprzeciw siebie. Andrzej poprawiając zieloną bluzę zapytał.

– Czyli demony? Ile?

– Tylko dwa. W dodatku nasz stary znajomy – powiedział Michał rozpinając kraciastą  koszulę i wyciągając  z wewnętrznej kieszeni papierośnicę. Płynnym ruchem wysunął jedną fajkę i kiedy złapał ustami za filtr, dostrzegł pytajacy wzrok Andrzeja.

– Zigi wbił się na imprezę z jakimś niezidentyfikowanym znajomym – sprostował lekkim tonem.

– Zegirusz? Miałem nadzieję, że ktoś już ukatrupił tego gnoja –  westchnął ciężko.

Mężczyzna w końcu podpalił papierosa i wzruszył ramionami go to nie dotyczyło, na co Andrzej kontynuował temat.

– Po co w ogóle atakować taką bazę? Czy ośrodek, jak mu tam?

– Nie mam pojęcia. Niby badali tam jakieś nowe systemy łączności. Cała dokumentacja jest z tymi, których mamy przyprowadzić. Kiedy to zrobimy, góra przeprowadzi śledztwo. – Michał nagle otworzył szeroko oczy, jakby go olśniło. – Nie zgadniesz kto przekazywał mi informacje o misji. – Nie czekał na reakcję. – Sam kapitan Soren. Arkadiusz Soren, w dodatku dupek powiedział, że musimy się brać do roboty, bo nasza skuteczność spadła.  –  Dalej kontynuował naśladując głos Sorena. – Wciąż macie imponujące wyniki, jednak wasza skuteczność zdecydowanie spadła.

– Drań zabrał z zespołu jedynego obdarzonego i jeszcze się czepia, że jesteśmy słabsi? – Andrzej wyglądał, jakby miał ochotę otworzyć ogień do przełożonego.

Zamilkli niczym na rozkaz. Michał postanowił dać czas Andrzejowi na przetrawienie nowych wieści, a ten wdzięcznie postanowił skorzystać z tej możliwości. Siedzieli długą chwilę w milczeniu patrząc na wyblakłe błękitne tapety. Zanurzali się w tej ciszy, niemal w niej toneli. Doskonale wiedzieli, że w budynku nie było nawet jednego człowieka poza ich dwójką. Możliwe, że na całej ulicy nie było ani jednej żywej istoty. Ciszę zakłócały, więc tylko ich oddechy i odgłos delikatnie obijającej się o stojak strzelby dochodzący z korytarza.

Człowiek w zielonej bluzie położył się wygodnie na swoim kawałku improwizowanej maty, drugi zaś dopalił papierosa i rzekł:

– Dobra, dzisiaj ja robię żarcie. Jutro zbierzemy się i lecimy całą ekipą. Może jeżeli odezwiemy się do dowództwa to na tę jedną misję przywrócą Oskara do zespołu.  –  Zamilkł na chwilę po czym dodał bez cienia nadziei w głosie. – Podobno to najwyższej rangi zadanie.

– Nie zrobią tego –  skwitował Andrzej leniwie. – Nawet jakbyśmy się o to wykłócali. Z perspektywy dowództwa on już nie należy do zespołu.

Michał wzruszył ramionami i już miał wychodzić kiedy doszło go pytanie.

– Gdzie dokładnie na nas czekają te świeżaki?

– Koło tej kapliczki, której tak nie znosisz – mówiąc to wyszczerzył się w delikatnie lepszym nastroju.

– Przecież tam wiecznie panoszy się banda Juniora. –  Andrzej zaskoczony wsparł się na łokciach i spojrzał na Michała.

– Oni ich złapali… i oni przekazują ich w nasze ręce – powiedział, zadowolony z reakcji jaką otrzymał.

– Super, kolejne konszachty z demonami – prychnął kładąc się ponownie.

– Jak Zeriusz nas ratował, to nie narzekałeś – upomniał go Michał.

Andrzej uśmiechnął się mimowolnie na myśl o wspomnianym demonie.

– Zeriusz to inna para butów. –  Pomachał rękę, zbywając temat. – To ludzki demon. Z nim da się żyć.

Michał nie wytrzymał i zaśmiał się w głos. Trwało to jednak tylko krótką chwilę. Gdy tylko zamilkł rzucił wychodząc:

– Fakt, tu masz rację.

***

Klaudia przebierała ekwipunek z walizy Michała. Podniosła zakrzywiony w dziwny sposób nóż. Przypominał wijącego się węża.

– Nóż na Cherubiny zostawiamy – mruknęła do siebie i złapała za jakieś ziele.

– To pietruszka? – rzuciła pytanie  w próżnię. Czuła się skonsternowana na widok rośliny, którą trzymała w rękach. W czasie gdy jej przypadło zajmowanie się przebieraniem ekwipunku Michał, Andrzej i Robert zajęci byli ładowaniem broni amunicją przygotowaną do zabijania zarówno Skrzydlatych jak i Przysmażonych.

Odsunęła się od kufra i zastanowiła dłuższą chwilę. Sama nie rozumiała dlaczego obowiązek przygotowania kataliztorów do zaklęć i rytuałów należały do jej obowiązków, skoro to Robert był głównym czarownikiem w zespole. Jej specjalnością były zdolności sensoryczne. Określenie typu, klasy czy pozycji monstrum, które napotkali.

Postanowiła zapytać o to zagadkowe ziele, osobę bardziej zorientowaną. Przeszła przez dwa pokoje, i do jej głowy wpadło pytanie, dlaczego Michał i Andrzej wybrali na swoją bazę, olbrzymie mieszkanie na opuszczonym osiedlu, gdzie nie ma straży. Co prawda całe miasto chroniły teraz przeróżne zaklęcia i mury, ale jednak mieszkanie w takim miejscu wydawało się nierozsądną decyzją.

– To natka pietruszki? – Gdy tylko zobaczyła całą trójkę przy ławie, porzuciła swoje dywagacje i zapytała.

Michał, jak zwykle ubrany w kraciastą koszulę, uniósł głowę i odpowiedział.

– Jeden ze skrzydlatych mi to sprzedał. Zamoczone w gorącej wodzie zaczyna uwalniać gaz, który pali im skrzydełka.

Robert, długowłosy brunet w skórzanej kurtce, spojrzał tępo na przedmówcę.

– Co do cholery?

– Ten gaz jest łatwopalny w zetknięciu z ich ciałem – odpowiedział Andrzej poprawiając dziurawą bluzę. –  My możemy oddychać kiedy jest w powietrzu. Oczywiście tlenu też potrzebujemy, ale ten gaz nie jest trujący. Jest widoczny, ale nie trujący. Ma lekko błękitny kolor, coś jak te tapety. – Wskazał ruchem głowy ściany.

– Wypróbowaliście to już? – zapytała przyglądając się roślinie.

– Pełna skuteczność. Demony potrafią palić to przez fajki wodne. Ten dym dla nich jest uzależniający. Działa na nich tak, jak trawka na nas. – Andrzej, jedyny palacz w grupie wyciągnął papierosa i zapalając go tłumaczył. – Mają też takie trochę gastro, ale w formie picia krwi. Ludzkiej czy zwierzęcej, nie żeby miało to jakiekolwiek znacznie.

Mężczyzna, który mógłby uchodzić zarówno za harleyowca, jak i metalowca, wzruszył tylko ramionami i stwierdził cicho.

– Co kto lubi.

***

Cała drużyna wyruszyła. Najpierw skierowali się do centrum miasta, gdzie otrzymali szczegółowe wytyczne dotyczące zadania. Nikt nie miał przyjemności spotkać tym razem kapitana Sorena, ani nikogo z dowództwa. Odprawę poprowadziła jak zwykle osoba o najniższych uprawnieniach na to pozwalających, by uniemożliwić im poruszenie tematu Oskara.

Gdy odprawa się zakończyła zostali przewiezieni autem pod bramę miasta. Wysiadając z pojazdu spojrzeli po sobie niekomfortowo. W tych czasach gdy paliwo było niezwykle cennym surowcem, zmarnowano sporą jego ilość by przetransportować ich przez pół miasta, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Szybko zrozumieli, że było to jak salwa honorowa wystosowana przez niższych stopniem. Wszystko wskazywało, że uznali ich misję za samobójczą.

Nie mając już wielkiego wyboru na tym etapie, ruszyli w drogę. Gdy tylko minęli główną barierę, poczuli w niemal fizyczny sposób jak ciężki stał się świat. Jak wiele nienaturalnej energii się przez niego przelewa.

Posuwali się tak do przodu w ciszy. Jak na razie szli pewnie. Te tereny były patrolowane przez najsilniejsze jednostki spośród ludzi. Obdarzonych, nieliczne osoby, które przebudziły w sobie potężne paranormalne zdolności i mogące w pojedynkę stawić czoła nieraz jednym z najsilniejszych aniołów, czy demonów.

Weszli w dosyć gęsty las, który obrastał całe miasto wokół. Wszyscy doskonale wiedzieli, że nie wyrósł tam naturalnie. Drzewa sięgały kilkunastu metrów, a miały mniej niż dwa lata.

– Kurrrr… zapomniałem – stwierdził Andrzej wyraźnie poirytowany.

– Co znowu? – Znawczyni stworów była rzeczywiście zainteresowana.

– Ledwie wyszliśmy po za barierę, już zaraz będą nas kontrolować obdarzeni.

– Może to dobrze – wtrącił Michał. – Może spotkamy Oskara?

– Jakbyś zgadł – rzucił mężczyzna, który do tej pory ukrywał się na pobliskim drzewie.

Zeskoczył na ziemię i uśmiechnął się ciepło, z pomiędzy przydługich czarnych włosów, ubrany w specjalnie przygotowany strój. Skórzane rękawice zespolone z czarnym prochowcem, spod którego spoglądała na świat luźna koszulka obwiązana ciasno na ciele skórzanymi rzemieniami z wyrytymi nań zaklęciami. Wszystko zorganizowane tak, by jego skóra poza okolicami głowy nie była eksponowana, co było zabezpieczeniem przed częścią uwarunkowanych zaklęć. Niegdyś należał do zespołu i służył jako ich najsilniejsza jednostka, nawet mimo tego że miał aktualnie niewiele powyżej osiemnastu lat.

Cała drużyna zauważyła, że otaczająca go atmosfera wciąż się nie zmieniła.

– Ty będziesz nas rewidował? – rzuciła żartobliwie Klaudia.

– Nie, ja was będę eskortował do granicy, do której jest jakieś dwieście metrów. Ale jednak… – Zawahał się przez chwilę, jakby zastanawiał się jaką decyzję podjąć. – Jednak nie, rewizja nie będzie konieczna.

– Mam omamy? – rzucił jakby od niechcenia Robert. – Naprawdę nie jesteś zwykłym służbistą?

Oskar odpowiedział mu z promiennym uśmiechem ukazującym garnitur zębów.

– A ty jak zwykle jesteś dupą wołową z wieprzowiną zmieszaną, ale mimo że ta mieszanka budzi we mnie wstręt, spróbuję wytrzymać dzisiaj w twoim towarzystwie.

Metalowiec, łamane przez harleyowiec uśmiechnął się mimowolnie.

– Też budzisz we mnie obrzydzenie, ale też zacisną zęby, ze względu na tak nietypową okazję.

Przez chwilę panowała cisza, aż pierwszy wybił się Michał.

– To co nowego na froncie?

Wtedy ruszyli, powoli. Żadne nie miało ochoty szybko kończyć tego spotkania.

– Nie jest najlepiej. – Wzruszył ramionami jakby mówił coś oczywistego. – Przegrywamy, przynajmniej z technicznego punktu widzenia. Choć coraz więcej demonów przyłącza się do nas, to schodzą też nowi Skrzydlaci i kilka ciekawszych stworzeń.

Rozejrzał się niemal konspiracyjnie.

– Niedawno zrzucili tu nam takie stworzonko. Ni to świadome, ni to nieświadome. Chyba biologicznie wyprodukowana maszynka. Kręci się tu w okolicy. Podobno nie wiadomo co na to działa. Na wszystko jak dotąd okazuje się odporne.

Wszyscy spojrzeli po sobie. Chyba właśnie dotarł do nich skąd to honorowe pożegnanie.

– Jak zwykle nas nie poinformowali, to skur…

Klaudia położyła rękę na ramieniu Andrzeja, żeby go uspokoić i potem zwróciła się do Oskara.

– Co nam proponujesz?

Chłopak zamyślił się chwilę, po czym powiedział.

– Zamierzam się trzymać tu, w okolicy. Jeżeli wpadnie na wasz trop, zwabcie to tutaj. Chętnie się tym zajmę.

– Jakieś wskazówki jak to wygląda? – Michał wyciągnął notatnik z kieszeni.

– Podobno jak człowiek, tylko że nagie. Chude i biedne. Na plecach ma coś w rodzaju otwartych ran, chyba na łopatkach. Najpierw podchodzisz, bo się o to martwisz, a potem puf, z ran pojawiają się świetliste skrzydła jak jakieś hologramy, stworzonko dostaje kopa i wypruwa zawartość całego towarzystwa – mówiąc to pstryknął palcami i spojrzał uważnie na całą grupę. – Jak dotąd, na czterdzieści parę wiadomych ofiar uratowały się tylko dwie. Nie liczę do tego załatwionych demonów.

Michał wyciągnął z kieszeni małą fiolkę z ciemnozieloną zawartością. Potrząsnął nią i stwierdził.

– Na takie okazje mamy to.

Oskar ujął buteleczkę, obejrzał z każdej strony, po czym odkorkował i powąchał. Skrzywił się lekko, zakorkował, później się zastanowił i na koniec oddał fiolkę w ręce właściciela.

– Roztwór z najsilniejszego demona jakiego spotkałem. – Pokiwał głową z aprobatą. – Ciekawe, ale nie sądzę, żeby to podziałało, a przynajmniej na tyle aby wygrać, choć pewnie uciec dasz radę.

– Zawsze mamy broń palną – przypomniał Andrzej.

– Pociski z wygrawerowanymi symbolami zabójczymi, i dla Skrzydlatych i Przysmażonych, nie działają na to stworzenie – powiedział zmęczonym tonem, widocznym było że od dawna głowił się nad rozwiązaniem tego problemu.

Dotarli właśnie do granicy. Spojrzeli po sobie i któreś z nich tylko westchnęło ospale. Nadszedł czas by ich drogi znów rozeszły. Oskar spuścił lekko głowę i zaczął wycofywać się między drzewa. Reszta się nie ruszała. Kiedy Oskar oddalił się od nich na kilka kroków, podbiegła do niego Klaudia, ucałowała w policzek i puszczając oczko stwierdziła.

– Powalcz z dowództwem, choć o jakiś urlop od czasu do czasu. Od czterech miesięcy nie wychodzisz  z tego lasu.

– Zobaczę, co da się robić – rzucił z kwaśnym uśmiecham, po czym niemal rozpłynął się w miejscu, w którym stał.

Cały oddział spojrzał po sobie. Michał wzruszył tylko ramionami, po czym wyruszyli.

***

Rozbili obóz późnym wieczorem. Wiedzieli, że nawet ze zmysłami Klaudii walka po ciemku bez ówczesnego obwarowania się zaklęciami jest nierozsądna.

Robert zajął się zaklęciami ochronnymi, Klaudia medytowała czatując na zbliżające się niebezpieczeństwo. Michał z Andrzejem ryli w drzewach i ziemi symbole pułapki jak i takie które przy sprzyjających okolicznościach mogły uśmiercić nawet Cherubinów, o Zwierzchnościach takich jak Lance, Tarcze czy Miecze nie wspominając.

Zatrzymali się na niewielkiej polanie. Ledwie zajęli się swoimi sprawami, kiedy oderwał ich od tego krzyk dziewczyny.

– Nadchodzi.

– To coś? – Michał zareagował pierwszy.

– Demon, północ.

Niemal wszyscy pośpiesznie wrócili do zajęć, aby zablokować przeciwnika.

– Już tu jest – wyszeptała zaskoczona Klaudia.

– Co tak późno?

– Nie późno, jest szybki.

– Tak, przyznaję się do bycia bardzo szybki. Niestety sprawdza się ta zasada także w łóżku w moim przypadku, ale coś za coś. Dużo razy spotkałem się przez to z drwinami. – Doszedł ich jakby lekko przygnębiony ton, w którym ukrywała się nutka satyry.

Ponad nimi, łamiąc prawa fizyki, nie tylko ciałem ale i ubiorem, poziomo na jednym z drzew stał siwy mężczyzna koło pięćdziesiątki. Ubrany w marynarkę i jeansy. Wszystko w nienagannym stanie, nawet jego krótka bródka była perfekcyjnie zadbana, co było bardzo nie na miejscu w tym apokaliptycznym świecie.

Andrzej uniósł broń, gotowy by strzelać, ale demon tylko od niechcenia machnął dłonią, a pocisk po naciśnięciu spustu wystrzelił w ziemię. Kolejny zaciął broń.

– Nie macie ze mną szans, więc…

Demon nie skończył mówić. Nagle przed nim pojawił się Michał i perfekcyjnym ciosem niemal zjednoczył twarz przybysza ze swoją pięścią. Demon pod siłą uderzenia naparł na drzewo, które błyskawicznie ustąpiło. Ściął dwa kolejne, nim w końcu zarył w ziemię tworząc podłużny rów, mierzący kilka metrów.

Kiedy się rozejrzał, nad nim stał już Michał trzymając w ręku fiolkę, do połowy wypełnioną szarą mętną substancją.

– Ekstrakt z Zegiriusza. To dopiero coś. Nie sądziłem, ze można takiego kopa dostać po jednym łyku i to jeszcze żebyś w ogóle tego nie wyczuł.

Demon spojrzał na mężczyznę z wyrzutem i nie podnosząc się rzekł.

– To jest specjalna zdolność Zegiriusza. Ta wasza dziewczyna już powinna wam to powiedzieć. Go nie da się wyczuć.

Tylko Michał mógł dostrzec to, jak demon się podnosił, cała reszta w jednej chwili widziała przybysza leżącego, już po ułamku sekundy stał. Ani on sam, ani jego ubiór nie ucierpiał w najmniejszym stopniu. Dostało się tylko otoczeniu.

Wyciągnął dłoń w geście uścisku do mężczyzny, który go uderzył i stwierdził.

– Masz teraz siły tyle samo co ja, może trochę więcej, jednak nie dość by mnie zabić, nasza walka będzie trwać aż przestanie działać ekstrakt, w tym czasie tylko rozwalimy kilka hektarów. Co ważniejsze, nie jestem tu aby was uśmiercać. Nazywam się Asemod i mam do was biznes. – Po tych słowach uśmiechnął się promiennie, niczym obwoźny sprzedawca.

 

Strona Główna | Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *