Rozdział 4 – Przesyłak

Cz.4

Przesyłak

– Czysto.

– Ruszamy?

Wokół wciąż panował przenikliwy chłód towarzyszący wschodowi słońca.

– Jeszcze chwila. Przez to, że się wam nie spieszyło Robert uznał, że zwiększy liczebność grzybów w tym lesie – stwierdził rzeczowo Michał.

– Też już jestem. Możemy iść.

Szybko utworzyli kolumnę, którą poruszali się po wąskich ścieżkach lasu. Wszyscy doskonale wiedzieli, że przy tak wąskiej drużce nie było nawet mowy, aby iść dwójkami.

Na przedzie, co zaskakujące, lekko niezdarnie, krok za krokiem robił Zik. Następny szedł Robert, w gotowości, gdyby anioł coś kombinował. Dalej w pochodzie czujnie kroczyła Klaudia, oddzielona od Asemoda osobą Michała. Grupę zamykał Andrzej.

Ostatni w kolumnie spoglądał często w niebo. Cały czas w jego głowie kłębiły się wspomnienia rozmowy z Solarisem. Nie był pewny jak się zachować odnośnie tego co usłyszał. I co najważniejsze, nie wiedział, czy ma jakąkolwiek szansę, aby ocenić motywy tej dwójki.

Czy przybyli, bo było im to na rękę, żeby współpracować? Może działają tylko we własnym interesie, a wszelkie inne czyny wynikają tylko z chwilowego przymusu? Widział jeszcze jedną opcję. Ich celem mogła być najzwyklejsza zdrada, namieszanie w obozie wroga.

W końcu Andrzej złapał się na tym, że założył ręce na kark i szedł gapiąc się na prześwity słońca w koronie drzew cicho pogwizdując.

Błyskawicznie opróżnił umysł i odzyskał jasność myślenia. Skupił się na momencie który trwał. Wiedział, że czas na rozmyślania dopiero nadejdzie.

Szybko ocenił wszystkich przed sobą. Przeważny brak reakcji sugerował, że gwizdał na tyle cicho, aby jedynym, który to usłyszał, był Asemod. Nawet ten rzucił zaledwie lekko niedowierzające spojrzenie za plecy i szybko wrócił do swojego czujnego chodu.

Tak minęła trasa przed śniadaniem. W ciszy i pełnym skupieniu.

Kiedy nadeszła pora, aby zrobić pierwszy postój, nikt się nawet nie odezwał, cała czwórka ludzi zrzuciła odruchowo plecaki w miejscu, które nadawało się na chwilowe obozowisko. Robert z Klaudią podeszli do drzew i zaczęli ryć runy, aby żadna niepowołana istota nie mogła się wedrzeć na ten teren. Pozostawili otwarte furtki jedynie swym aktualnym sojusznikom.

Michał zabrał się w tym samym momencie za przygotowanie zaklęcia, mającego ochronić ognisko przed odkryciem przez wrogów. Andrzej rozpakował część prowiantu z plecaków i zaraz potem usiadł pod jednym z drzew, dłubiąc coś w kawałkach drewna.

Mimo że minęła już dobra chwila, obie nadprzyrodzone istoty gapiły się zaskoczone zgraniem i prędkością z jaką powstawał prowizoryczny obóz. Nie zajęło im to nawet dziesięciu minut. Byli w pełni zabezpieczeni przed większością nieproszonych gości, jakich tylko mogli się spodziewać, a nad ogniem, którego nie dało się wykryć nieuprawnionym, przygotowywał się posiłek.

– Naprawdę zasługujecie na miano najlepszych. – Asemod mówiąc wskazał ich dłonią.

– Jakby to wystarczyło, żebyśmy zostali najlepszymi, to byłoby wielu, zbyt wielu najlepszych – stwierdził bezpłciowo Robert. – W dodatku bylibyśmy już dawno martwi.

– A myślałem, że to my jesteśmy tymi od negatywnych myśli. – Demon wyglądał, jakby właśnie zaczynał się rozluźniać.

Andrzej dopiero wstał z kilkoma wystruganymi przedmiotami. Podszedł do swoich towarzyszy i wręczył im po trzy amulety. Potem skierował się do sojuszników i podał im po jednym, chwilę później usiadł bez słowa przy tym samym drzewie.

– Co to jest? – odezwała się Klaudia, oglądając amulet przypominający figurkę niedźwiedzia mieszczącą się w zaciśniętej dłoni.

– Ostatnio nauczyłem się kilku nowych rzeczy. – Mdło uśmiechnął się Andrzej. – Zwierzaki ochronią was przed dotykiem i mocą Skrzydlatych i Przysmażonych.

– Ej! – oburzył się demon.

– Spokojnie, zaznaczyłem obejście dla waszej dwójki. Jednak trzeci rodzaj amuletu ochroni nas przed waszymi intencjami. Jeżeli wasza moc będzie mogła nas skrzywdzić, amulet sprawi, że nasze ciała po prostu ją zignorują. I przyznam, że nie mógłbym tego zrobić, gdybyście nie podzielili się z nami prawdziwym zapisem swoich imion – westchnął. – Nigdy nie sądziłem, że jakiś anioł, czy demon tak łatwo poda swe imię w języku runicznym, ale skoro zrobiliście coś takiego, to też dałem wam prezent.

– Co? Może te, które dałeś nam mają założyć na nas dodatkową smycz, bo widzę że kaganiec już założyć ci się udało. – Tym razem demon wyglądał na zdegustowanego.

– Spokojnie. – Uśmiechnął się szczerze Andrzej. – Te, które dałem wam utrzymają waszą wolną wolę.

– Słucham? – Zik stał się nagle czujniejszy.

– Wiem, że potężniejsi, znajdujący się wyżej w hierarchii waszych rodzajów, mogą wymusić na was posłuszeństwo do pewnego stopnia. Te kawałki drewna przygotowane dla was, będą pomocne. Może nie wytrzymają wezwania kogoś wielkiego, ale mogą okazać się przydatne. – Zawiesił głos na sekundę. – Chcąc nie chcąc wykonałem je z najlepszego do tego drewna i bardzo starannie. Jeżeli było to niewystarczające, to albo trafiliście na władcę samego piekła albo na archanioła.

– A ja myślałem, że bez obdarzonego w zespole jesteście niewiele warci. – Wyszczerzył się Asemod i dodał zakładając wisior w geście zaufania. – Zaczynam odnosić wrażenie, że ten sojusz ma naprawdę taką wartość, jaką miałem nadzieję, że mieć będzie.

– Większość moich pobratymców może tylko pomarzyć, aby zdobyć tak zaawansowaną wiedzę. Skąd ją masz ty? – Ton Zika spoważniał.

– Naprawdę nie rozumiesz? Wasz język opiera się na jeszcze starszym i prostszym dialekcie. Te runy są jak zasady gramatyczne. Cały język się na nich opierał, a wasza magia w znacznym stopniu jest zależna od tego języka. Wystarczyło zrozumieć zasady kierujące tym dialektem, a później przetłumaczyć kilka zwrotów zarówno z waszego języka jak i z tamtego. Dużo główkowania, mało interesujących zajęć.

– Mówisz, jakby to naprawdę było coś bardzo prostego. – Anioł wbił w niego wzrok.

– Może nie jest bardzo proste, ale wystarczy poświęcić na to trochę czasu, kiedy już zdobędzie się kilka odnośników, a wasze inkantacje są świetnym przykładem. – Wzruszył ramionami. – No i jeszcze kilka przesłuchań pomniejszych aniołów. Z demonicznymi runami było prościej.

– Nie musisz tego opowiadać – spojrzał w jego stronę zadowolony Asemod. – Wystarczy mi, że to przygotowałeś.

– Żarcie – powiedział spokojnie Michał znad ognia.

Zaraz potem każde z nich dostało do ręki miskę z gulaszem przygotowanym z niemal gotowych racji. Nawet demon z aniołem chętnie wzięli się za posiłek. Przez kilka minut panowała cisza, przerywana jedynie przez dźwięki śniadania.

Spokój jednak musiał ktoś przerwać. Zrobił to Asemod.

– To jak to w końcu jest? Dziewczyna – wskazał palcem Klaudię, wciąż jedząc. – zajmuje się wyczuwaniem. Zdolności sensoryczne. Michał nie boi się korzystać z mocy demonów i aniołów, mimo że te mogą być uzależniające i wyniszczające. W dodatku lubi sobie postrzelać. Ty jesteś Andrzej, o ile się nie mylę – Skierował te słowa do mężczyzny, od którego dostał amulet. – Zajmujesz się magią i archeologią.

– Nie. – Twardo przerwał Andrzej. – Ja jestem tylko archeologiem. Zajmuję się tylko amuletami i strzelaniem. Magia to robota Roberta.

Zik spojrzał w stronę metalowca łamane przez harleyowca.

– Jeszcze nie widziałem, abyś używał magii.

– Licz na to, że nie będziesz musiał go zobaczyć – wyrwał się Michał. – Kiedy zaczyna korzystać z magii, to nie mamy żadnej jurysdykcji nad jego czynami. Anioł czy choćby sam diabeł, jeżeli będziesz nieostrożny, możesz się poważnie sparzyć. Nawet jeżeli jesteście sojusznikami, to w takiej chwili to wam nie pomoże.

– Dzięki za ostrzeżenie. Nie wiem jak Zikuś, ale ja z pewnością wezmę je sobie do serca. Nie mam ochoty stać się znowu wędzonką.

– Ja także nie będę ci wtedy wchodził w drogę Robercie. Pamiętaj jednak, że możliwym jest nadejście dnia, w którym będziemy musieli walczyć ramię w ramię – stwierdził spokojnie Zik.

Wszyscy zgromadzeni spojrzeli nań niedowierzając. Michał niemal się zadławił.

– Pochwaliłeś się im już, dlaczego utykasz?

Nagle doszedł ich straszliwie skrzeczący głos, którego źródła, rozglądając się chaotycznie nie mogli ustalić. Tylko Asemod i Zik rozglądali się powoli i spokojnie, choć ich ruchy świadczyły o nerwowości.

– Zapytałem, czy oni już wiedzą czy nie?

Tym razem wszyscy skupili się na jednym punkcie. Tak jakby te słowa miały przyciągnąć ich uwagę dokładnie na niego i tak samo jakby poprzednie miały ich jedynie zdezorientować.

Na jednej z gałęzi, niczym dzikie zwierzę, ułożył się wygodnie nagi, młody i wychudzony mężczyzna z wieloma ranami na ciele. Mimo swego krytycznego stanu nie wyglądał na kogoś, kto w rzeczywistości wymagałby pomocy medycznej.

– Więc jak? Pochwaliłeś się? – Przesyłak powtórzył pytanie.

– Nie.

– To może czas już najwyższy? Co ty na to?

Nikt nie zdejmował wzroku z Przesyłaka, choć część uwagi każdego z nich przeniosła się na Zika. Tylko w oczach demona nie czaiło się zainteresowanie. Widać było, że dobrze wie o czym mowa.

– Natknęliśmy się na niego, nim do was rano wróciliśmy – stwierdził rzeczowo anioł. – Gdy spróbowałem zaatakować, odepchnął mnie z mniejszym trudem niż ja mógłbym odepchnąć ludzie dziecko. Mimo to zatrzymałem go na dość długo, aby Asemod go odłączył.

– Jak przystało na anioła z klasy Cytadeli. Właśnie, muszę wam pogratulować. To urządzenie, to nie coś co się łatwo zdobywa. – Odsłonił w agresywnym uśmiechu szereg cienkich i ostrych niczym igły krawieckie zębów.

– Zastanawiam się, czy w ogóle jest sens stawać z wami do walki choć trochę się starając, skoro polega to tylko na przejrzanym już podstępie.

– Chyba musisz spróbować ponownie, żeby się przekonać – stwierdził wyzywająco demon.

– Jeszcze jedno. Nim zaczniemy. – Przesyłak oblizał wargi. – Pomysł z kołkiem był niezły. Nie mógł mnie obezwładnić, ale utrudniał mi poruszanie się. Nawet bardzo. Ale teraz to już się nie uda. Chcecie wiedzieć dlaczego?

Liście nienaturalnie zaszeleściły na drzewie obok.. Zaraz potem z gąszczu wylazł drugi Przesyłak. Niemal identyczny. Jedyną różnicą była mniejsza ilość ran i blizn.

– Teraz mam wsparcie – wyszeptał z dzikim uśmiechem.

Wszyscy stali niczym spetryfikowani. Anioł, demon, ani ludzie nie mogli nawet drgnąć. Żadne z nich nie spodziewało się tak trudnej sytuacji. Ocknęli się z grozy, która ich ogarnęła, dopiero kiedy oba stworzenia zaczęły bezczelnie podskakiwać na gałęziach, a za ich plecami rozkwitły wielkie świetliste skrzydła.

Cała szóstka chwyciła za fiolki i błyskawicznie zaczęła wlewać sobie ich zawartość do gardeł.

Przesyłaki spojrzały na siebie ostentacyjnie dając im czas by skończyli pić i w tym momencie nowy stwierdził.

– Czas zacząć polowanie.

 

 

Poprzedni | Strona Główna | Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *