Rozdział 7 – Małpia sugestia

Cz.7

Małpia sugestia

Oskar siedział na ziemi, wlewając do niewielkiego pojemnika część zawartości swojej manierki. Kiedy skończył, wziął szmatkę i zanurzył ją w wodzie, wycisnął lekko i rozłożył okład na rozpalonym czole Klaudii.

Za jego plecami leżał nieprzytomny Michał. Nic nie groziło jego życiu, ani nawet zdrowiu. Jednak utrata przytomności pod wpływem wyciągu z demona, przeważnie kończyła się długą drzemką. Dokładnie tak było w tym przypadku.

Z Klaudią było jednak znacznie gorzej.

Rozległe poparzenie prawego boku sięgające od biodra do początku żeber prezentowało się tragicznie. Miejscami skóra wyglądała na zwęgloną. Na szczęście uszkodzenia nie sięgały głęboko. Jak gdyby błyskawiczny podmuch rozżarzonego powietrza musnął jej bok.

Mimo to jej organizm bardzo źle znosił tę ranę. Możliwe było również wdanie się weń zakażenia.

Mężczyzna sięgnął do swojej torby, wyjął z niej niewielki pojemnik z maścią i z cierpiącą miną przenosił wzrok z dziewczyny na lek i z powrotem, nie mogąc się zdecydować. W końcu schował maść do torby i zaczął się niecierpliwie rozglądać.

Zmoczył okład ponownie i spojrzał na cierpiącą twarz Klaudii. Na jej czole zaczęły występować liczne krople potu. Po chwili wstrząsnął nią lekki dreszcz bólu.

Oskar przyłożył dłoń do jej policzka i skupił wszystkie swoje myśli na tym, aby uśmierzyć jej ból. Przez sekundę twarz dziewczyny mocno stężała, ale już w następnej chwili cała się rozluźniła.

Michał obok poruszył się nieoczekiwanie. Jednak wszystko co chciał zrobić, to przełożenie się na bok i podłożenie rąk pod głowę.

Oskar spojrzał na niego i zaśmiał się bez siły w głosie. Odwrócił się znów do rannej i zobaczył, że uniosła swe powieki. Uśmiechnęła się słabo i wyszeptała.

– Mój rycerz w skórzanej zbroi. – Drgnęła kilka razy jakby chciała się zaśmiać, nagle urwała i ponownie odleciała.

Chłopak nie mógł się nie uśmiechnąć.

– Zawsze miałaś o mnie zbyt wysokie mniemanie. – Pokręcił głową zrezygnowany. – Mam nadzieję, że z tego wyjdziesz.

Spędził jeszcze kilka minut w ciszy, dbając aby okład wciąż był wilgotny. W końcu za jego plecami pojawiły się cztery osoby. Nie odwrócił się nawet, uniósł tylko dłoń jakby chciał pstryknąć palcami i zapytał tonem, jakby stwierdzał najzwyczajniejszy w świecie fakt.

– Mam ich zabić?

– Nie – stwierdził wesoło Andrzej. – Są z nami. Mamy sojusz.

Oskar dalej się nie ruszał.

– Jesteś pewien,  że nie powinienem im pourywać łbów?

– Mówiłem ci, że nie powinniśmy się tu pojawiać. Jak tylko go wyczułem mówiłem, że będzie chciał nas pozabijać. – Mimo, że głos Zika był obojętny, dało się w nim wyczuć gniew.

– Ciszej. Musiałem go spotkać. – W głosie Asemoda wyczuć można było delikatną panikę.

– Jestem pewien. Na razie się kumplujemy. – Andrzej uspokoił chłopaka.

Oskar odwrócił się błyskawicznie z szerokim uśmiechem i rzucił.

– Skoro tak, to miło mi was poznać. – Wstał powoli i zwrócił się do Roberta. – Możesz ją opatrzyć? Źle znosi tę ranę.

Metalowiec łamane przez harleyowiec kiwnął tylko głową, podchodząc do dziewczyny. Wszyscy patrzyli mu na ręce. Od momentu kiedy sięgnął po niewielkich rozmiarów flaszkę, której część zawartości wylał na ranę. Zwęglone odpadki i wszelkie zanieczyszczenia spłynęły na ziemię, wraz z cieczą. Aż do chwili kiedy zaczął nakładać opatrunki na zielonkawo szarą maść.

– Dlaczego ty jej nie opatrzyłeś? – Robert nie odwrócił nawet głowy od rannej, zadając pytanie. – Umiesz to robić równie dobrze co ja. I medykamenty masz wszystkie przy sobie. – Wskazał niechlujnym ruchem ręki torbę Oskara.

– Bo muszę je teraz oszczędzać za wszelką cenę.

Dwójka ludzi spojrzała na niego podejrzliwie.

– Przecież przy swojej pozycji możesz dostać ich tony w mieście, na samo zawołanie. W przeciwieństwie do nas nie musisz sam ich wytwarzać.

– Po za faktem tego, że są gorszej jakości – zaczął ponurym głosem. – Jest jeszcze jeden powód. Tutaj nie sięga moja jurysdykcja.

– Słucham? – Robert otworzył szeroko oczy.

– Nie zdążyli dobiec do terenów, gdzie mogłem ich chronić. Nie mam prawa tutaj być. Centrala pewnie już się zastanawia czy lepiej będzie mnie zabić, zapieczętować czy wygnać. Dlatego muszę na trochę zniknąć. – Westchnął ciężko. – Właśnie z tego powodu powstrzymałem się od zużywania mojego przydziału leków. Jestem wygnańcem, a sam nie potrafię ich wytwarzać.

– Przesadzasz – stwierdził z pewnością w głosie, Andrzej.

– Już dostałem nakaz powrotu do kwatery głównej. No i ostrzeżenie od zaprzyjaźnionego dowódcy, żeby tego nie robić. Jak wrócę to najprawdopodobniej mi nie darują – powiedział to z pewnością w głosie.

Asemod podszedł wolnym krokiem do chłopaka, położył dłoń na jego ramieniu i mentorskim tonem zaczął swój wywód.

– Synu, w takim razie przyłącz się do nas. Także jesteśmy wygnańcami, bo działaliśmy tak, jak nakazywało nam sumienie, a nie wyższe sfery. – Spojrzał mu w oczy. – Razem zakończymy tę głupią wojnę i zaprowadzimy w końcu ład.

Oskar spojrzał na Andrzeja i zapytał.

– Rozumiem, że po prostu musieliście zawiązać z nimi sojusz, ale żeby z takim świrem? Jest bardziej pieprznięty ode mnie, dostaję przez niego dreszczy. – Jednak mężczyzna, do którego mówił, patrzył tylko otępiały, wciąż nie mogąc przetrawić informacji o kłopotach chłopaka.

Oskar strząsnął tylko rękę demona i zakładając na ramię torbę stwierdził.

– Brzydzę się i demonami i aniołami. Myślisz, że mógłbym zawiązać z wami jakiś poważny sojusz? – Pokręcił przez chwilę głową, jakby niedowierzając. – Dobrze. – Te słowa wygłaszał już bardziej w eter. – Na mnie już pora. Jeszcze pewnie się spotkamy. Spróbuję skontaktować się z dowództwem za kilka tygodni. Może odpuszczą mi i cofną status renegata.

– Klaudia nie może się dowiedzieć, zastrzeli się, jeżeli powiemy jej, że jest temu winna, choćby częściowo – szepnął pod nosem Robert.

– Po pierwsze widziała mnie – stwierdził rzeczowo Oskar. – Po drugie centrala nie wie, że byliście w to zamieszani, więc zaraz przyślą wam przekaz co się stało. A kto spośród was zajmuje się łącznością? – Wszyscy mieli świadomość, że to rola dziewczyny. – Po trzecie, nie doceniacie jej. Prędzej wzruszy ramionami niż będzie obwiniała samą siebie.

Rozejrzał się niepewnie wokoło.

– Naprawdę muszę już iść. Nie wiem czy nie przyślą zaraz kogoś, a nie mam ochoty walczyć z kimś, z kim wczoraj śmiałem się przy posiłku.

Ledwie mrugnęli, a po Oskarze nie było już najmniejszego śladu, nawet anioł i demon nie zauważyli gdy zniknął.

– Co robimy? – zapytał Robert.

– Zanim coś zrobimy, ta dwójka musi się wylizać. – Asemod z niezadowolenia wyszczerzył kły. – Zik, bierz dziewczynę, ja wezmę faceta. – Anioł spojrzał nań niedowierzająco. – Podobno wy skrzydlaci jesteście święci, więc nie powinni cię osądzać o zboczone zamiary, a ja wolę kobiety, dlatego muszę brać faceta.

– Co kombinujesz? – Andrzej spojrzał uważnie na obie nadprzyrodzone istoty.

– Spokojnie, nic takiego. – Asemod uniósł ręce w geście pojednania. – Ten wasz przyjaciel miał sporo racji. Wasi nie wiedzą, że byliście w to zamieszani, a skoro współpracujecie z nami, to lepiej żeby na razie się o tym nie dowiedzieli. Dlatego musimy się stąd zabierać i wyleczyć tę dwójkę gdzie indziej, bo tutaj zaraz może przyjść ktoś po tego potwora, którego wciąż uważacie za człowieka.

– Mają rację. Im i nam na razie będzie bardziej na rękę nie być w to wmieszanym. – Robert stwierdził spokojnie.

– Jakieś pomysły, gdzie powinniśmy się udać?

– Na tę samą polanę, na której rozbiliśmy obóz ostatnio – rzucił Zik. – Raczej nie będą nas tam szukać. Raczej w ogóle nie będą nas szukać, skoro zniszczyliśmy oba Przeszyłaki. Powinniśmy być póki co bezpieczni.

– Faktycznie. Nikt nas nie będzie szukał z demonów czy aniołów, a już na pewno nie tam. – Asemod uśmiechnął się konspiracyjnie.

Andrzej wyciągnął z kieszeni dwa amulety.

– Wiem, że powinienem wam już ufać, ale skoro będziecie nieść tę dwójkę muszę was prosić, abyście założyli te wisiory.

– A one co nam zrobią? – Demon spojrzał nań podejrzliwie.

– W razie gdybyście coś planowali, mogę sprawić, że stracicie moce i staniecie się zwykłymi ludźmi dopóki sam nie uznam, że można wam odpuścić.

– Myślisz, że się, NA TO zgodzimy? – warknął Asemod.

– Nie ma czasu. – Uspokoił go Zik. – Znam tę magię, nie możemy zdjąć tego sami, ale nikt po za nim nie będzie w stanie tego kontrolować. – Położył rękę na ramieniu demona. – Stracili jedynego członka drużyny, który był ich nadzieją w razie naszej zdrady. Nie ma czasu na sprzeczki.

Mężczyzna w marynarce kiwnął głową na zgodę, chwycił amulet i zarzucił go płynnym ruchem na szyję.

– Ale masz mi to ściągnąć jak tylko rozbijemy obóz, jasne!? – Wskazał palcem na Andrzeja.

– Obiecuję – rzucił uśmiechnięty człowiek.

Zaraz potem ruszyli.

 

 

Poprzedni | Strona Główna | Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *