Rozdział 11 – Wzbierające Fale

Cz. 11

Wzbierające Fale

– Nawet On w końcu wybudził się z letargu? – Mężczyzna w garniturze wyglądał przez okno wieżowca. Kiedyś widok z tego miejsca był olbrzymią parnoramą rozciągającego się w dal miasta, teraz wszystkie budynki były tylko stertami gruzu, a ulice zarosły roślinnością przebijajacą się przez niekończące się pęknięcia w nawierzchni. Drapacz chmur, w którym przebywali, był jedynym stojącym budynkiem na przestrzeni wielu setek kilometrów.

– Coś się stało, Sir? – Jeden z jego ludzi zwrócił uwagę na ciche mamrotanie przełożonego i zapytał, zapewne oczekując jakiegoś rodzaju instrukcji.

Gdyby ktoś stojąc z boku, spojrzał na mężczyznę przy oknie i jego krzątających się po biurze podwładnych, szybko do głowy przyszłyby mu dwa słowa opisu – smutni panowie. Wszyscy ubrani w identyczne garnitury, wyglądali jak członkowie niebezpiecznej organizacji.

– Nic, czym musisz się przejmować żołnierzu – odpowiedział przełożony, nie odwracając wzroku od panoramy.

Podwładny tylko kiwnął głową i wrócił do swoich zajęć. Po chwili rozległ się krzyk jednego z podkomendnych, który skupił uwagę wszystkich w pomieszczeniu..

– Raport z kwatery głównej!

– Melduj! – rozkazał bez ociągania.

– Tak jest! Dwa Przesyłaki zostały unieszkodliwione.

– Co?

W pomieszczeniu łatwo było można wyczuć nerwowe poruszenie. Na wiadomość o tym, że najpotężniejsza z aktualnie wykorzystywanych broni na ziemi została pokonana, wszystkie anioły w pomieszczeniu rozglądały się z niedowierzaniem próbując potwierdzić, czy się nie przesłyszały. Tylko dowódca wydawał się zaledwie lekko poruszony. Po za delikatnie uniesionymi brwiami i pytaniem, które miało go upewnić czy się nie przesłyszał, nie wykazywał żadnych dodatkowych oznak zaskoczenia. Po chwili jednak zapytał znów pozbawionym szczególnych emocji głos.

– Coś jeszcze?

– Operacja Przebudzenie zostanie wprowadzona w życie.

– Przebudzenie? – Tym razem dowódca odwrócił się do podkomendnego, a gdy zadał pytanie zabrzmiał jakby zgłupiał. – Do końca oszaleli?

– Sir? – zapytał jeden z zaskoczonych aniołów.

– Nieważne. To nie nasza sprawa. Nasze wytyczne się nie zmieniają. – Spojrzał za okno. – Polowanie na Nefilimy wciąż trwa.

***

Ponad dwumetrowy mężczyzna z mięśniami tak dużymi, że jego ubrania wyglądały jakby miały pęknąć w szwach, siedział na szczycie pewnej góry i spoglądał w dal. Miał na sobie tylko koszulkę z długim rękawem oraz bojówki. Przeczesał dłonią przetłuszczone czarne włosy sięgające ramion. Gdy tak siedział w śniegu, westchnął zmęczony.

W którą stronę by nie zwrócił wzroku, zamiast podnóża góry zobaczyłby ocean chmur. Siedząc tak w spokoju na jednym z najwyższych szczytów świata, i opierając swoje ramię na wbitym w ziemię złotym mieczu jego wzrok zaczął wędrować niespokojnie w różne strony. Westchnął ponownie.

– Nie wyglądasz na zadowolonego.

Mężczyzna rozejrzał się szukając źródła głosu i szybko zlokalizował unoszącego się w powietrzu chłopca. Wydawał się nie mieć więcej jak trzynaście lat. Uśmiechał się bezczelnie i wpatrywał w człowieka na szczycie góry.

– Czego chcesz od prostego rzemieślnika?

– Bóg, którego rzemiosłem jest wojna, nie jest prosty, Aresie. – Chłopak wyszczerzył się szeroko. – Co się stało z tobą? Spokorniałeś przez te kilka ostatnich stuleci.

Mężczyzna nazywany Aresem prychnął tylko na te słowa i znów wzbił wzrok w dal.

– Daj spoko, nie bądź taki. – Chłopiec wylądował koło niego i zaczął go szturchać palcem, Ares jednak zamiast zareagować siedział wciąż w ciszy.

– Wiesz, Afrodyta ostatnio się o ciebie pytała.

Brew boga wojny drgnęła lekko, jednak ten wciąż nie ruszył się z miejsca. Chłopak odsunął się lekko, położył dłonie na biodrach i powiedział wypinając pierś.

– Pytała się o swojego ukochanego…

– Ona nie żyje – warknął Ares agresywnie.

– Żyje, żyje – powiedział chłopiec z nieukrywanym zadowoleniem w głosie.

– Mówisz prawdę? – zapytał bóg wojny patrząc przeciągle na rozmówcę.

– Prawdą jest, że żyje. Kłamałem odnośnie tego, że się o ciebie pytała. Nie widziałem jej od jakiś stu pięćdziesięciu lat.

Ares prychnął na te słowa i znów się odwrócił. Tym razem jednak, po kilku chwilach zastanowienia zapytał.

– Skrzydlaci jej nie dorwali?

– Nie tylko jej. Myślą, że pozabijali niemal nas wszystkich, nie wiedzą, że praktycznie wszyscy wciąż żyją.

– Czego chcesz? – Ares nie ukrywał podejrzliwości w głosie.

– Przejść do ofensywy.

Ares spojrzał zaskoczony na chłopca.

– Nie jesteś wojownikiem – stwierdził to, niczym niepodważalny fakt.

– Ale ty jesteś. Kiedyś byłeś gigantycznym maniakiem bitewnym, co się stało z gościem, który potrafił stanąć w szranki, jeden na jednego z archaniołem? – Chłopak pokręcił głową jakby było mu go żal. – Gdyby ludzie mieli twoje błogosławieństwo mogliby stawić znacznie większy opór, może nawet zmusić anioły do przejścia w defensywe.

– Nie mam już statusu, który miałem kiedyś. – Bóg wojny pokręcił głową z nostalgicznym uśmiechem. – Nikt już mnie nie czci, wielka część mojej boskości przepadła.

– Gdybyś się ujawnił i dał błogosławieństwa, sądzę że bardzo wielu gotowych by było ponownie się do ciebie modlić. Zwłaszcza teraz, gdy trwa wojna.

– A po wojnie?

– Będzie kolejna, jak zawsze. – Chłopak uśmiechnął się demonicznie w kontraście do swojej aparycji. – Zawsze żyłeś w ten sposób. To lepsze niż przepaść w zapomnieniu.

– Nie sądzisz, że starcie z aniołami może być końcem? Jakby na to nie spojrzeć, liczba bogów jest bardzo ograniczona.

– Dlatego wykorzystamy demony i ludzi. Jeżeli połączymy siły, to wygramy bez trudu.

– Mówisz jakbyś już zawiązał z nimi sojusz.

– Nie zrobiłem tego jeszcze, ale mam coś co mogę zaoferować, czego oni bardzo potrzebują – powiedziawszy to, pstryknął palcami. Ares w odpowiedzi otworzył tylko szeroko oczy i spojrzał na siebie, mimo że zewnętrznie nic się nie zmieniło.

– Coś ty zrobił?

– Przywróciłem ci twoje dawne moce.

– Mówisz, jakby to nie było nic specjalnego. Więc to twoja oferta?

– Tak. Mogę im zapewnić wsparcie ze strony bogów u szczytu ich siły. Ponadto, mogę z łatwością wskrzeszać bogów, jeżeli zginął w mojej obecności. – Tym razem jego uśmiech był oślepiający.

– Więc to się dzieje kiedy Chronos jest twoim sojusznikiem? Myślałem, że jako bóg czasu nie mieszasz się w sprawy śmiertelników i zwykłych bogów?

– Przeważnie by tak było, ale to jest inne. Z resztą jak dobrze wiesz, nie mam kompletniej władzy nad czasem, też muszę się trzymać pewnych jego zasad, dlatego zniszczenie ludzi jest mi nie na rękę.

– Jak zwykle, tłumaczysz nie wiele tłumacząc.

– Cóż, taki już jestem. To część mojego uroku. – Chronos wzruszył tylko ramionami i zapytał. – To jak, dołączasz?

Ares nawet nie zwlekał by odpowiedzieć z drapieżnym uśmiechem i spojrzeniem pełnym żaru.

– Oczywiście.

***

W olbrzymiej podziemnej sali, na samym jej środku stał granitowy podest z ołtarzem. By do niego podejść trzeba było wspiąć się po krótkich schodach zrobionych z marmuru.

Na ołtarzu leżała nieprzytomna naga kobieta, z nogami i rękoma przykutymi łańcuchami. Jej lśniące czarne włosy rozlewały się na wszystkie strony tworząc coś na kształt aureoli otaczającej jej głowę. Cała lśniła od olejku użytego do namaszczenia jej krągłego ciała.

Centrum pomieszczenia otaczała grupa licząca ponad czterdzieści osób, wszyscy ubrani w biało-złote stroje, klęczeli z dłońmi złożonymi niczym do modlitwy. Tylko jeden z nich nie był na kolanach, atmosfera wokół niego świadczyła, że jest najważniejszy spośród zebranych.

Podszedł powoli do ołtarza i stanął ponad kobietą. Nie wyglądała nawet na dwadzieścia lat. Mężczyzna zdjął kaptur skrywający jego twarz i położył dłoń na policzku kobiety. Ta po chwili się ocknęła i rozejrzała wokół. Jej półprzytomne spojrzenie tłumaczyło, że nie do końca zdawała sobie sprawę z tego co się działo. Kiedy w końcu dotarło do niej gdzie jest jej spojrzenie wypełniła panika.

– Co się dzieje? – zapytała przerażona.

– Spokojnie moja droga, zaraz cię uratujemy. – Mężczyzna odpowiedział z uspokajającym uśmiechem.

– Wypuść mnie, proszę. Szybko – poprosiła ze łzami w oczach.

– Już spokojnie. Zaraz będziesz wolna. – Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze cieplej. W odpowiedzi kobieta mimowolnie zaczęła się uspokajać, dzięki czemu jej płytki i nieregularny oddech zaczął wracać do normy.

W tym czasie mężczyzna wyciągnął z rękawa srebrny sztylet pokryty licznymi glifami. Kobieta widząc to zrozumiała co ja zaraz czeka.

– Nie, proszę, błagam! Nie! Zrobię wszystko! Co chcesz! Nie zabijaj mnie! – zaczęła krzyczeć histerycznie.

– O wysłuchajcie nas posłańcy Pana. Przybądźcie na nasze wezwanie. Prosimy, przybądźcie. Pozwólcie nam dostąpić zaszczytu spotkania Was! – Mężczyzna uniósł sztylet nad głowę i nie zwracając uwagi na krzyki kobiety zaczął recytować donośnym głosem, coś na kształt modlitwy. – Odpowiedzcie na nasze wołania i zaszczyćcie nas swym majestatem w zamian za duszę tej, która zboczyła ze słusznej ścieżki.

Po tych słowach z całych sił wbił sztylet w gardło kobiety. Ta zaczęła się tylko szamotać szalenie, gdy krew trysnęła z uszkodzonych żył. Szata mężczyzny w kilka chwil wsiąknęła znaczną ilość krwi, a czerwony płyn rozlał się po stole ofiarnym. Nie trwało długo, aż ofiara drgnęła kilka razy i stała się zwykłymi zwłokami. Wtedy też ponad nią pojawił się słup światła, a w nim objawił się młody mężczyzna ubrany w tunikę.

Rozejrzał się wokół lekko skonsternowany, widząc spojrzenia kierowane na niego przez ludzi zebranych wokół, uśmiechnął się lekko w samozadowoleniu. Później skierował wzrok na swoją dłoń, którą z trudem zamknął po czym jego uśmiechał stał się kwaśny.

– O majestacie, czyżbyś był Cherubinem? – zapytał w nadziei ten który odprawił rytuał.

– Niestety, jestem tylko podrzędną Lancą Pana – odpowiedział anioł spokojnym głosem, na co spojrzenia wszystkich zebranych spochmurniały. Zaraz jednak zza jego pleców pojawiły się dwa olbrzymie skrzydła jakby były z mgły i kontynuował uśmiechając się ciepło. – Jednak, mimo że nie jestem niosącym mądrości Pana, mam prawo wysłuchać was w Jego imieniu. Mówicie śmiertelne dzieci jedynego prawdziwego Boga, które nie zboczyły z drogi i wciąż wierzą w naszego Ojca.

Na obliczach ludzi pojawiła się nadzieja.

– O Wielki Wysłańcu Pana – zaczął mężczyzna ze sztyletem. – Słyszeliśmy, że pragniecie dotrzeć do wrót Piekielnych, czy to prawda?

Anioł uniósł nieznacznie brew, okazując tym zaskoczenie, którego nikt z zebranych nie zarejestrował, po za jego rozmówcą.

– Tak to prawda, skąd to wiecie?

– Jeden z plugawych demonów, którego schwytaliśmy powiedział nam o tym. Chcieliśmy wiedzieć czy nie kłamał.

– Nie, nie okłamał was. Co więcej wam powiedział?

– Nie zdążył nic więcej. Jego żywot zakończył się wraz z tymi słowami – stwierdził mężczyzna, jakby był zadowolony z tego faktu, po czy kontynuował. – Czy możemy wiedzieć po cóż?

– Chcemy uwolnić zniewolone przez demony dusze i nawrócić tych, którzy zboczyli ze swej ścieżki.

Po tych słowach Lancy, ludzie westchnęli oczarowani.

– Cóż za cudowny cel, czy możemy być przydatni i pomóc z tym?

– Co masz na myśli?

 – Czy my, ludzie, moglibyśmy pomóc wam Boskim wysłannikom dostać się do Piekła.

– Jak chcielibyście to uczynić? – Anioł przyglądał się ludziom wokół, lecz wszyscy po za mężczyzną patrzyli na niego bezrozumnie jak na obiekt kultu. Lanca sam poczuł się zagrożony, czuł się jakby oni wszyscy mieli ochotę go schwytać i zamknąć w klatce.

– Możemy przyzywać demony z Piekła i przekazywać je aniołom do przesłuchań i może przydamy  się też w inny sposób. Ponadto, możemy też zniszczyć bariery otaczające ostatnie miasta niewiernych.

– A czego pragniecie w nagrodę? – Anioł widział po klarownym spojrzeniu przywódcy kultu, że czegoś oczekuje.

– To co Pan obiecał nam w Biblii. Raju, wiecznego raju tu na ziemi, gdzie pozostałości niewiernych, pokutując za grzechy będą służyć nam wiecznie.

Lanca spojrzał na niego lekko zaskoczony, po czym dodał z lekkim uśmiechem.

– Wysłuchałem waszych modlitw i mimo, iż będzie to bezczelne z mojej strony, póki nie wysłucham woli Pana, ale sądzę, że możecie uznać wasze modlitwy za wysłuchane.

 

 

Poprzedni | Strona Główna | Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *